Teddi z Powstańców Śląskich - nie żyje |
To nie tylko ptaki odlatujące na wolność.
To nie tak, że to tylko koszty, tysiące poświęconych godzin,
zarwane noce, ciągłe krzątanie się, napełnianie miseczek, sprzątanie, naprawianie
zniszczonych mebli, bycie na telefon.
wróbel z Zawalnej - nie żyje |
Może właśnie wtedy nadzieja umiera ostatnia.
Piszę o tym, po dzisiejszym telefonie Pani, której imienia
nawet nie znam, mam ją zapisaną jako ,,Kotki
z Halera’’.
Rok temu dostałam od niej 3 chore kotki z ogródków.
Rok temu dostałam od niej 3 chore kotki z ogródków.
kociaki od Kamili - jedno z nich nie żyje |
Dzwoniła do mnie tydzień temu, gdy na działce znalazła
przeraźliwie miauczącego chorego, maleńkiego kociaczka.
Nie przywiozła go jednak, tylko po wizycie u weterynarza, mimo lęków co na to jej kot rezydent wzięła go do domu i tam zapewniała mu jak najlepszą opiekę.
Codziennie biegała do weterynarza, z pracy pędziła domu, na setki sposobów ogrzewała kotka,
żeby podnieść mu temperaturę ciała, karmiła, chuchała i dmuchała.
Marzyła, że gdy wyzdrowieje, zostanie u niej już na zawsze,
jako towarzysz jej domowej kotki, a jeśli okaże się, że to niemożliwe, ja wezmę
go do siebie i będę ogłaszać, znajdę mu najlepszy dom.
Miała nadzieję.
przepiórka z Kamińskiego - nie żyje |
Dziś zadzwoniła do mnie, że … kotek odszedł.
Skończyły się wszystkie związane z nim plany, marzenia, sny
na jawie.
Nie zostało już nic.
Chciała się wypłakać, wygadać, wyżalić, powiedzieć komuś ile serca i starań włożyła w to maleńkie stworzonko i jak bardzo boli jego strata.
Chciała się wypłakać, wygadać, wyżalić, powiedzieć komuś ile serca i starań włożyła w to maleńkie stworzonko i jak bardzo boli jego strata.
Ile mam za sobą takich sytuacji ?
Ptaków, które nagle traciły błysk w oczach, a czasem
odchodziły niespodziewanie i nagle.
Kotków, które nie odeszły u mnie, ale gdy poszły do nowych , czy tymczasowych domów.
Czasami ból jest tak wielki, że przychodzi myśl, żeby to
zostawić.
Żeby pomocą zajęli się Ci ,,inni’’.
Tylko, że nawet w tak dużym mieście jak Wrocław tych
,,innych’’ jest ciągle za mało.
kotki ze śmietnika na Zakrzowie - bury nie żyje |
Bardzo prawdziwie i pięknie napisane. Jestem pełna podziwu i szacunku dla Twego trudu i życzę, żeby ta nadzieja, tak do końca, nie umarła nigdy...
OdpowiedzUsuńChylę czoła przed takimi Osobami jak Ty...!
OdpowiedzUsuń:(
OdpowiedzUsuńPodziwiam Twoją odwagę, bo trzeba mieć dzielne serce by się tego podjąć i wytrwać, by brać kolejne stworzenie z obawą że się nie uda, że odejdzie mimo wysiłków. Całym sercem jestem z tymi którzy poświęcają się dla dobra mniejszych stworzeń.
OdpowiedzUsuńtak, to strasznie smutne, nieopisany ból, który zostaje gdzieś w sercu na zawsze... ale nadzieję trzeba mieć do końca!
OdpowiedzUsuńTrudno powstrzymać łzy,najgorsza jest bezradność,kiedy wszystko sie wali i przestaje zależeć od ciebie.
OdpowiedzUsuńNie prowadzę tak jak Pani profesjonalnego domu tymczasowego, ale przy pomocy lokalnej fundacji pomagam kotom, czasami mam na chwilę kotka i czasami umiera i uparcie, przez krzyk, przez ból powtarzam sobie jak mantre- nie umierał pod krzakiem,nie było mu zimno,nie cierpiał,był przez chwilkę b. kochany, umierał w ciepełku, na kocyku, głaskany,przytulany...i znów lecę ratować kolejne życie.
OdpowiedzUsuńUla
Dziękuję za komentarze. Tak, też zawsze się pocieszam, że zwierzęta, nawet te, które odeszły, choćby przez chwilę, choćby przez moment nie były bezdomnymi, niechcianymi, mijanymi obojętnie na ulicy.
OdpowiedzUsuńOdchodziły w cieple, czasami niemal na rękach kogoś, kto chciał, aby żyły.
Czasami bezradność jest porażająca, gdy widzę, że mimo starań mój podopieczny gaśnie.
Ale walczę do końca z nadzieją, że może wbrew wszystkiemu się uda.
I każdym następnym razem próbuję tak samo.
a mój dom tymczasowy nie jest znów taki doskonały i profesjonalny :-), ale chciałabym, żeby kiedyś był :-)
OdpowiedzUsuń